Kupowanie zgrzewki niegazowanej wody w markecie coraz częściej przysparza mi kłopotów.
W życiu czasami jest tak, że trafiamy na ludzi a to mniej kompetentnych od nas, a to takich, którzy nie są na tyle iq, żeby na coś szybko wpaść, żeby coś wymyśleć. Ja zawsze wychodzę z takiego założenia, że takim osobom powinno się pomagać. Bo po pierwsze tak będzie szybciej, a dwa – istnieje niewielka szansa, że czegoś się od ciebie w takiej sytuacji nauczą. Tak było i tym razem. Tyle że w pewnym momencie straciłem cierpliwość.
Hipermarket „real”. Kraków. Bora-Komorowskiego. W koszyku dwie bułki, twarożek z ziołami, doniczka z tulipanem, kilka drobiazgów i zgrzewka niegazowanej Cisowianki. Nauczony doświadczeniem z tą zgrzewką nie pchałem się do kasy samoobsługowej (choć bardzo chciałem). Znalazłem więc taką kasę, do której akurat nie było kolejki.
W kasie siedział młody chłopak, plus minus mój rówieśnik, krzywo ułożona grzywka na żelu, Srebrny łańcuch, biała koszula zapięta do ostatniego guzika i plakietka identyfikująca go jako „interkadra”. Tyle tam dosłownie było napisane.
„Dzień dobry. Czy posiada pan kartę PAYBACK?” – zapytał mnie na dzień dobry pan „interkadra”. „Tak posiadam, już panu daję” – odpowiedziałem, będąc zdziwiony profesjonalizmem, z jakim zadał mi pytanie o ów kartę... Pierwszy artykuł, drugi, trzeci... „A jaka to jest bułka?” – zapytał mnie pan kasjer. Trochę mi zajęło zanim przetworzyłem pytanie, ale po paru zaledwie sekundach odparłem „zwykła”. Pan zaczął gorączkowe poszukiwania kodu na zwykłą bułkę. Przypominało to trochę wizualizację do wiersza Tuwima „Pan Hilary”. W szufladzie, w spodniach, w teczce, pewnie i w surducie. Nigdzie kodu nie było. Ostatnia deska ratunku to komputer. Klik, klik, klik i znowu ten pełen powagi i profesjonalizmu głos: „Niestety nie mogę znaleźć tego produktu w bazie” i hop bułki niepostrzeżenie schowały się pod ladą.
Ja: Ale to moment, to nie będę mógł kupić tych bułek?
Pan: No nie ma ich w systemie.
Ja: A jakby pani obok zapytać o to, jaki jest kod?
Pan: Jakiej pani?
Ja: No pani w kasie obok.
Pan: No jak pan chce, to niech pan zapyta, ale… no nie
wiem.
Obracam się i pytam panią: „Przepraszam panią bardzo, nie wie pani może jaki jest kod na kajzerkę?”. Pani kasjerka nieco zdziwiona, co mi do tego, ale ujrzawszy jeszcze bardziej zdziwioną minę pana „interkadra” zdała się zrozumieć o co chodzi i od razu powiedziała „5294”. Ja podałem kod panu, pan go wskukał i tak stałem się szczęśliwym posiadaczem bułek (choć jak się później okazało, to pan nabił tylko jedną bułkę, a nie dwie).
…artykuł, przedostatni artykuł, no i w końcu ostatni artykuł. Zgrzewka wody. Hmmm. To nie jest taki zwykły artykuł. To jest jakby kilka artykułów w jednym – takie myśli wyczytywałem z marszczenia czoła pana „interkadra”. Po dokładnych oględzinach zgrzewki pan interkadra, głosem pełnym spokoju, powagi i profesjonalizmu oznajmia: „Bardzo mi przykro, ale niestety będę musiał wyjąć jedną butelkę”. Nie było to dla mnie jakimś zaskoczeniem, bo rozumiałem, dlaczego pan musi to zrobić, ale pech chciał, że kątem oka (tak, mam kąt oka) rzucił mi się w oczy kod kreskowy pojedynczej butelki, który był „na wierzchu”. „Wie pan co, ale tu jest chyba taki kod na wierzchu”. Pan przytaknął, zeskanował tenże kod, a następnie odsunął zgrzewkę. Na wyświetlaczu pojawiło się „CISOWIANKA NGAZ1,5L 1.12” no i sumienie nie pozwoliło mi tego tak zostawić.
Ja: Ale to chyba jeszcze 5 butelek musi pan skasować.
Pan: Ale dlaczego?
Ja: No bo na razie skasował pan tylko jedną.
Pan: Nie no, wie pan, zgrzewkę to system traktuje raczej
jako zgrzewkę – i to powiedział z delikatnym uśmiechem i miną mówiącą: „człowieku,
wiem, co mówię”.
Ja: Tak, ale pan nie zeskanował kodu zgrzewki tylko pojedynczej
butelki, a poza tym zgrzewka raczej nie kosztuje 1.12.
Nerwowy rzut oka na wyświetlacz, na zgrzewkę, na wyświetlacz, na zgrzewkę i jeszcze raz na wyświetlacz. I wniosek: „aha, no tak”. I po tym następuje próba zeskanowania kolejnych kodów. Ale próba nieudana, z jakiś przyczyn kody „nie wchodzą”. Po kilkudziesięciu sekundach takiej syzyfowej pracy pan „interkadra” zrezygnowany odkłada czytnik i mówi: „nic więcej nie mogę już skasować”. I siedzi. I patrzy. Raz na mnie, raz na tę zgrzewkę.
Ja: I co teraz?
Pan: Nie wiem.
Ja: A nie może pan zadzwonić po kogoś? Po panie z nadzoru
kasowego?
Pan: Nie wiem, no w sumie można.
Ale na szczęście nagle słyszymy „pik”. Zgrzewka jakimś cudem się zeskanowała. Tylko że jakimś cudem dwa razy. O czym pan spokojnie mnie poinformował, a następnie wykonywał dalej swoje obowiązki.
Pan: O! Zeskanowało się w końcu. Aha, tylko, że dwa razy.
No nic, to będzie 29,64.
Ja: [Zdurniałem. Patrzę na niego, patrzę na klientów w
kolejce za mną, oni patrzą na mnie] No ale pan nabił dwie takie zgrzewki, tak?
Pan: No tak.
Ja: No to ja nie chcę płacić za dwie zgrzewki.
Pan: No dobrze. To te 6 złotych będzie odjęte.
Ja: Czyli dokładnie co to znaczy, że będzie odjęte.
Pan: No, że jak teraz jest 29,64, to pan mi da teraz dokładnie
23,64 i będzie dobrze.
Ja: [Powoli głupieję i nie wiem, czy to się dzieje
naprawdę] Ale zgrzewka kosztuje 6,59.
Pan: Zgadza się.
Ja: No to trzeba odjąć 6,59, a nie 6 złotych.
Pan: No tak. [i spokojnym i poważnym wzrokiem się na mnie
patrzy]
Ja: To znaczy, ja mam sobie to teraz odjąć?
Pan: [pan dalej spokojnie na mnie patrzy]
Ja: [byłem tak zszokowany, że wyciągnąłem z kieszeni
telefon, uruchomiłem kalkulator i obliczyłem] To będzie 23,05.
Pan: No to dobrze, to tyle mi pan da.
Ja: Ale moment, a ta pojedyncza butelka, którą pan na
początku skasował, to dalej jest nabita?
Pan: [z wyrzutem, trochę jakby się już niecierpliwił
moimi pytaniami] No tak!
I w tym momencie mi nerwy puściły. Nie używałem brzydkich słów, ale w miarę grzecznie kazałem zrobić mu tak, żeby było dobrze. „Nie wiem, jak pan to zrobi, ale kupuję jedną zgrzewkę wody i chce mieć na paragonie tylko jedną zgrzewkę. Ani dwóch, ani jednej ekstra butelki” – to byłem ja, a na to odpiera mi pan „interkadra”: „Wie pan, no mogę ewentualnie wycofać te pozycje z paragonu”.
No kurwa. Czarna dziura, kataklizm, dno, minuta ciszy. Jak to możliwe, że to jest możliwe!? W końcu z pomocą pań z zaprzyjaźnionych kas obok, przyszła inna pani z nadzoru kasowego, która usunęła wszystko co trzeba i zniknęła. A pan dalej wykonywał swoje obowiązki. „Jak panu powiem, to wpisze pan PIN i naciśnie zielony przycisk”.
Odszedłem od kasy, przysiadłem na chwilę na ławeczce w pasażu. Musiałem ochłonąć. Długooooo naprawdę nie będę się czuł głupi.
skomentuj (4)